Wszystkie szefowe moich podróży

Fot. Shutterstock
Tego lata sporo podróżuję. Pociągi, samoloty, promy. Ze skruchą wyznaję, że dotychczas nie zwracałem jakiejś szczególnej uwagi na kobiety umożliwiające mi sprawne przemieszczanie się – teraz jednak widzę na każdym kroku, że bez nich nie ma podróżowania. I to we sensach wszelakich: ścisłych, metaforycznych i jakich tam jeszcze sobie chcecie. Kobiety witające mnie na pokładzie samolotu i promu. Kobiety sprawdzające, czy dobrze upchnąłem podręczny bagaż. Kobiety serwujące mi kawę w dworcowej kantynie. Uważnym wzrokiem lustrujące mój – zawsze podejrzany, zawsze z duszą na ramieniu podawany – bilet.

Kobiety posyłające mnie w odległe rejony małych dworców, celem znalezienia rozkładu, pod którym straszliwe miejscowe lumpy wołają srogim głosem „Kierowniczku, daj zetę!”. Kobiety sprawnie, wytrenowanymi ruchami kierujące mnie na właściwy peron, gdy po raz szósty gramolę się z przejścia podziemnego nie tam, gdzie trzeba. Umundurowane lub nie, uśmiechnięte albo profesjonalnie sznurujące usta. Konduktorki, kasjerki, stewardesy, kierowniczki składów PKP, pilotki (ale przecież nie te durne czapki z uszami, zabierające nam resztki godności), barmanki, a także te kobiety, które umożliwiły mi po wielokroć skorzystanie z żałośnie zasyfionego dworcowego wucetu bez żadnych, uiszczanych z góry czy z dołu – opłat.



Wszystkie szefowe moich niezliczonych podróży, bez których z pewnością już podczas pierwszej wyprawy zabłądziłbym i krążyło dzisiaj po dworcu w jakimś Kutnie, wołając histerycznym dyszkantem „Halo! Halo!”. Bez nich podróżowanie nie miałoby sensu.

Przesadzam? Oceńcie sami. Jest lato 2010 roku, podróżuję służbowo pociągiem na Wybrzeże. Upały są – jak pamiętam – nieuciążliwe, ale możliwe, że ja bredzę, że mi się od tego jeżdżenia po świecie mylą dworce, lipce, przedziały i cała reszta. W każdym razie przyjmuję, że upały były wówczas niedoskwierające. Siedzę w przedziale – wchodzi ona; nawet nie ma zgrabnych nóg, nawet ten konduktorski mundur (jakże nie wspomnieć o urokach kobiet w konduktorskich mundurach) nie leży na niej zbyt dobrze. Szatynka około trzydziestki, na łydce wytatuowany jakiś jaszczur. Prosi o bilet, ja – na wpół śpiący – podaję, a na jaszczura łypię. I wtedy ona spokojnie mówi: „To nie ten pociąg”.

Ja zaczynam się zastanawiać, raptownie szukam sensów, pod-sensów i nad-sensów. Bo jak atrakcyjna – było nie było – szatynka w mundurze mówi do was znienacka „to nie ten pociąg”, to perspektywy interpretacyjne otwierają się jak okna na Harendzie – każde w inną stronę, ale każde z kuszącym widokiem, za którym warto pobiec. I kiedy tak myślę nad sensami i całą resztą, kiedy odpływam myślami w rejony stratosfery i wyżej, ona spokojnie bierze mnie pod ramię i delikatnie popycha w kierunku drzwi, powtarzając: „to nie ten pociąg, jedzie pan w złym kierunku”.
Sensy i pod-sensy się kończą, zostaje goła i ponura rzeczywistość pomylonych pociągów. Wcale w swej nagości nie pociągająca (nomen-omen).

Ja – panika, zimne poty i bladości. A ona ze spokojem prowadzi mnie w kierunku czoła pociągu, opiewanego na tylu tablicach przyśrubowanych wewnątrz składów pasażerskich. Moja anielica załatwia wszystko: pociąg się zatrzymuje na jakiejś małej stacji, dostaję do ręki spis przesiadek i mogę wreszcie podróżować tam, gdzie zamierzałem. Po kilku straconych godzinach – ale czy straconych istotnie?

Lub też taki przypadek: ląduję w Dublinie; opuszczam strefy, które po przylocie niezwłocznie opuścić należy. Czekam spokojnie na taksówkę przy lotnisku, ale w moim przypadku nie ma „czekam spokojnie”; coś się zaraz musi dziać, bo inaczej – jak mniemam – zostają zachwiane jakieś tajemnicze równowagi wszechświata. No i istotnie, taksówka jeszcze nie nadjechała, gdy zza rogu wychodzi pięciu łysych Irlandczyków, a każdy z pewnością dobrze już zaprzyjaźniony z kilkoma pintami Guinessa. Widzą mnie – a trzeba wam wiedzieć, że dobry Pan Bóg włos ze łba starł mi był już dawno, tak, iż świecę łysiną jak kandelabr; niezawodny znak rozpoznawczy dla dawno niewidzianych wujów. Więc oni widzą we mnie ziomka, łysego znajomka i – rozumiem to ledwo ledwo, lecz przecież nie mogę się mylić – i chcą ze mną koniecznie jechać w miasto tą właśnie taksówką, spodziewając się wspaniałych alkoholowych wrażeń. Ja jestem jak najdalszy od tego. A chuligani biorą mnie za jakiegoś dawno niewidzianego chuligana ze swojej paczki, z którym koniecznie trzeba się teraz napić, bo jak się nie napiją ze mną, to niechybnie nastąpi koniec świata, oceniając sprawy optymistycznie. Pesymistycznych prognoz nawet nie będę wam tu szkicował.
Więc idą, prą, wykrzykując te swoje irlandzkie zwroty grzecznościowe, a ja nie wiem, jak się zachować. Uciec? Złapią, zabiją gdzieś na Temple Bar. Zbratać się? Nie zrobię materiału, na który wysłała mnie gazeta; redaktor mnie zabije. Stoję więc zbaraniały, a ci się zbliżają. I gdy już ma się coś wydarzyć - stojąca za mną stewardessa, która przecież tak doskonale zaopiekowała się mną już na pokładzie legendarnych tanich linii lotniczych z harfą w herbie – stuka mnie w ramię. „Hallo, czy pan mi może powiedzieć jak się dostać do centrum?”

Ja gubię się na peryferiach swojej zabitej deskami wioski, jak wychodzę po bułki we wtorek, bywa – wracam koło czwartku, bo nie mogę znaleźć drogi powrotnej. Szkoły synów szukam z GPS-em. W lesie dzieci wyprowadzają mnie z najlichszych krzaczków za ręce, bo się gubię. A ona mnie pyta, czy ja wiem, jak dostać się do centrum tego ogromnego miasta, w którym jestem pierwszy raz. „Jasne, że wiem” – odpowiadam i zaczynam jej tłumaczyć po angielsku. Chuligani - skonsternowani - mijają mnie ze wzrokiem wbitym gdzieś w przestrzeń ponad naszymi głową.

Nie wiem, gdzie ona wtedy dojechała. Nie wiem, czy trafiła przed nocą na jakąś przytulną kwaterę; mam nadzieję, że tak. Jeśli byłoby inaczej, nie wybaczyłbym sobie. Przecież swoim odezwaniem się w porę uratowała mnie od kosmicznych ekscesów już na początku tej podróży.
Czasami mam wrażenie, że we wszystkich moich ekskursjach towarzyszy mi jedna i ta sama kobieta – moja anielica, przebierająca się w rozmaite mundury, otaczająca mnie – kompletnego łamagę i życiowego niedojdę – łagodną opieką i pomagająca dotrzeć na miejsce. Wcale nie żartuję, tak myślę. Ciekawe, że z podobnymi pomocowymi inicjatywami nigdy nie występują faceci, których napotykam w trasie. Gdy raz konduktor obudził mnie w niewłaściwym (dla mnie) pociągu, śmiał się tak, że zacząłem się bać, czy mu oczy nie wypłyną. A potem poszedł „na czoło pociągu” ocierając łzy wierzchem dłoni i tylem go widział; nie pomógł, w mundur skubany.

Tak. Nie ta wrażliwość. A każdemu przecież może się zdarzyć pomyli Wejherowo z Krakowem.

Naturalnie zdaję sobie sprawę, że są podróżnicy–szwarcenegery, pakujący się w pięć minut, zawsze siedzący we właściwym pociągu przodem do kierunku jazdy, którzy nawet nie patrzą na stewardesę, gdy ta pokazuje przed startem, jak zakładać tę infantylną maseczkę. Oni to wiedzą, oni są supermajstrzy od podróży, zjeździli cały świat pięć razy bez jetlaga. Kobiecej pomocy nie potrzebują. Lecz niech no taki supermajster trafi którejś nocy na dworzec w Lesznie z większą potrzebą (przesiadki 10 minut wszystkiego). Jestem ciekaw, czy da sobie radę bez Szefowej Podróży, która miłosiernie i na czas otworzy mu wucecik. Niech prześpi stację, niech zapomni bagażu – kto mu wtedy pomoże, jak nie one?

Anielice Naszych Podróży – wstawiajcie się za nami tam, gdzie trzeba.
Trwa ładowanie komentarzy...