O autorze
Opowiadania opowiadacza. Piszcie: roshi2@wp.pl

Dokąd ja biegnę?

tpti.com
Spokojnie. Nie będę skamlał na temat wyścigu szczurów, nie pójdę na gładkie ścieżynki jałowego biadolenia, dokąd my tak pędzimy: jako ludzkość, jako zbiorowisko jednostek, jako społeczeństwo – a zwał to jak zwał. Spokojnie. Nie pójdziemy po łatwym.


Po kolei biorąc, to ubrałem się w dresy, wzułem (śmieszne słowo, młodzi z Web 2.0 pewnie go nie znają) specjalnie wyprofilowane buty do biegania, odpaliłem - w porywie jakiegoś szaleństwa zupełnie niewytłumaczalnego – aplikację do biegania, chwyciłem pełną dłonią tłuszcz na brzuchu, westchnąłem i pobiegłem nad jezioro. Chwyt oponki miał mnie zmotywować, bo przecież komu tam chciałoby się biegać, jeszcze w dodatku jak jest w sile wieku, i jeszcze jak jest tak gruby jak ja. Grubość – wiadomo – pozbawia wszelkiej motywacji do ruchu. Zaczyna się wtedy błędne koło, którego mechanizmu Wam nie będę tłumaczył, bo piszę – wierzę – dla ludzi inteligentnych. Westchnienie gdzieś tam w echu brzmiało nutą: „Weź się za siebie, stary grubasie”. Na marginesie uwaga: czy zauważyliście – albo może – czy zauważyłyście – że mężczyzna do pewnego wieku jest radośnie otłuszczonym miśkiem, do którego można się przytulić, a po przekroczeniu magicznej granicy – powiedzmy 40 lat - staje się po prostu zapuszczonym opasem? Ja zauważyłem, toteż dzielę się tym spostrzeżeniem. Granicę mam poza sobą, więc poszedłem biegać.
I oto biegnę – w uszach pobrzmiewa mi motywująca, rytmiczna muzyka. Endocośtam mierzy mi tętno, liczy dystans, pokazuje trasę – jestem przekonany, że jest tam też opcja masażu po biegu, jeno jeszcze jej nie odkryłem. No: biegnę to trochę na wyrost powiedziane. Truchtam, czy może nawet truchtam z przerwami na jękliwie ciągnący się marsz, ocieranie potu, popijanie kolorowego motywatora z witaminami i przybieranie tęgiej miny na widok mijających mnie aut. I truchtam sobie truchtam – nagle widzę: cmentarz. A że dla początkującego, zapasionego biegacza z epizodem nikotynowym gdzieś tam po drodze każda wymówka jest dobra, postanawiam spontanicznie wtruchtać, wtoczyć się na cmentarz, odiwedzić kogoś, kogo kiedyś znałem. Pośmiać się wspólnie z Nią ze mnie, 43-latka, biegającego jak Forest Gump, tylko z gorszym rezultatem i mniejszym zacięciem.
No to idę na Jej grób. Patrzę – ma dzisiaj urodziny, jest 4 maja – urodziła się właśnie tego dnia. Tylko 44 lata wcześniej. Patrzę – a umarła trzydzieści z górą lat temu, w maju, niemal co do dnia rocznica przypada. I co ja mam Jej powiedzieć – taki nagle osłupiały – jej, 11-latce, utopionej nieszczęśliwie krótko po naszej I Komunii? Wszystkiego najlepszego? Bywaj zdrowa? Jakby nie patrzeć – dwie rocznice się zbiegły: urodziny i śmierć. Jakby nie patrzeć: ja już stary byk, ona wciąż 11-latką. A może nie? Może tam, w niebieskich zaświatach, czas płynie tak samo, jak u nas? Ponoś Krzyżowcy wierzyli, że tam, w raju, ma się wciąż 33 lata. Jak Chrystus. No to ile ma Ona teraz lat? Jak ja mam do niej mówić, żeby nie spłoszyć Jej? Cześć? Dzień dobry? I czy Ona patrzy na mnie jak na kolegę z dawnych dni, czy widzi zatatusiałgo kolesia, któren próbuje ją jakoś tak nieudolnie zagadać?
I tak stoję, i tak myślę – i nagle to olśnienie: wszyscy biegamy, ale nikt nie wie, dokąd biegnie. Owszem, są jakieś cele: lepsze samopoczucie, zbicie wagi, zdrowie. Ale tak jakby na nas popatrzeć z boku – to biegamy bez celu, bo nie ma mety, nie ma tego miejsca, do którego w jakiejś intencji dobiegamy. Jak ten wojownik spod Maratonu – on biegł po coś, musiał zawiadomić o zwycięstwie. A ja? Kogo mam zawiadamiać? I o jakim zwycięstwie? Same klęski, samo kręcenie się bez celu za własnym ogonem. Wezcie to bieganie: dla siebie, dla szpanu, dla endorfin, dla szczupłości i gibkości. Nie po to, żeby coś komuś oznajmić, zanieść, przysposobić kogoś do czegoś. Nie.
Dajcie spokój, żadnych zwycięstw, żadnego celu w tym bieganiu. Machnąłem ręką, grzecznie pożegnałem Nieboszczkę pod lipą spoczywającą i spokojnym, wyluzowanym krokiem wróciłem do domu.
Trwa ładowanie komentarzy...