O autorze
Opowiadania opowiadacza. Piszcie: roshi2@wp.pl

My, ostatni obcujący

Na Plac wkraczam jak do siebie, witam się z ludzmi handlującymi kolorowymi galotami, zdawkowo chwalę dorodne ogóry na warzywnych stoiskach, uprzejmie pochylam się nad wszelakim badziewiem wystawionym na kocach i już zmierzam co rychlej, już pędzę tam, gdzie przybrudzony życiem starszy mężczyzna handluje książkami.

Mężczyzna ów jest jak ten hrabalowski Hanti ze ”Zbyt głośnej samotności”, który przez trzydzieści lat prasował książki, aż sam dał się z nimi sprasować. Nie ma w nim gonitwy za groszem. Największe rarytasy, za które moglibyście zabijać w wyrafinowany sposób, arcydzieła prozy i poezji światowej - leżą u niego w powiązanych sznurkiem pakach wprost na ziemi. Macha wzgardliwie ręką znad szklanki z jakimś podejrzanym płynem, mówi: ”Rozpakuj, szukaj, bierz za zeta.” No to biorę te arcydzieła, to chwytam i niosę niezwykłe jakieś łupy, dumny niczym krzyżowiec po udanej wyprawie do Ziemi Świętej.
To znaczy: nosiłem. Bo oto wchodzę niedawno, omijam majty, chwalę ogóry, zmierzam ku hrabalowskiemu gościowi - a tam pustka, tam dwa drewniane stoły gołe jak grunwaldzkie miecze. - Co jest - pytam w spopłochowany. - Co się dzieje, jakie zmiany zachodzą we wszechświatach, że oto zniknął mi ten żywcem z Pragi wyjęty gość, zniknęły tomy, a w konsekwencji zniknęła i moja radość krzyżowca, której przecież nie zrozumie nikt poza innym krzyżowcem. Okazuje się, ze stoisko zniknęło na amen z powodu nierentowności, jak to zwykł mówić biznes.
No jasne, że był nierentowny! No przecież, że nie przynosił dochodów! Toć on Karola Maya sprzedawał po zecie. Annę Frank kupiłem u niego za dwa złote, a pięć książek Tomasza Mertona dostałem za trzy złote. To jakże on miał być rentowny? Ale z drugiej strony: o jakich rentownościach my tutaj rozmawiamy? Jakie rentowności nas rajcują? Bo przecież nie te mierzalne, nie te do ujęcia w tabelkach i dające się podkreślić, podsumować.
Idę więc markotny, wpadam do antykwariatu - a tam jakaś pociecha jaka taka na mnie czeka. Książek od cholery, piękny bałagan - tomiki i tomiszcza leżą gdzie popadnie. Znajduję Gałczyńskiego, znajduję Conrada, znajduję Hemingwaya. - Ile za to - wykrzykuję podniecony jak Cortes (ale nie ten szansonista) lądujący na wybrzeżu Meksyku. - Ile pan żąda - dopytuję się, szukając po plecaku pugilaresu wątłego niczym płuco Hansa Castorpa z ”Czarodziejskiej góry”. - Nic - odpowiada mi ze spokojem antykwariusz. - Nic, to śmieci. Niech pan bierze. Poezja to śmieci, Conrad śmieci, makulatura. Zwały niepotrzebnej celulozy, zabarwionej drukiem. Zabieraj pan w czorty.
Jeżeli Conrad to śmieci, Gałczyński makulatura, Wittlin, Goethe, Tuwim nic niewarci - to chyba czas mi porządnie przemeblować głowę. Nie ma co się obrażać: internet, rozmaite Kindle, adaptacje filmowe, bryki, wreszcie e-booki i PDF-y z Chomika skutecznie oduczyły nas brania w rękę książek. Oduczyły wąchania starego papieru, raptownego przewracania stron w poszukiwaniu pierwszego i ostatniego zdania, oduczyły obcowania z lekturą. Nauczyły nas wchłaniania liter, ale to nie to samo.
Ale drugiej strony – może to i dobrze. My, krzyżowcy staroświeckiej lektury, obcujący z nią dość regularnie i nie bez przyjemności, mamy złoty czas. Wystarczy rozejrzeć się po antykwariatach, żeby skosić za bezcen coś, za czym kiedyś chodzilibyśmy miesiącami, a potem zastawiali rodowe srebra, żeby kupić jeden tom. Jest tanio, jest masowo - jest dobrze. Nie ma co się obrażać.
Trwa ładowanie komentarzy...