Czego pragną, u diaska, kobiety???

agri-24.pl
Tak zwane służbowe obowiązki (tak, jakby były też na świecie „służbowe przyjemności”) spowodowały, że w ostatnim tygodniu przemieszczam się po Polsce w sposób szybki, trochę nieprzewidywalny, ale na szczęście kontrolowany. Przemieszczając się, mało mam czasu na zaglądanie do gazet. Aliści bywa, że czas znajduje i na to. Niestety.

Spotykam w tych swoich podróżach ludzi, którzy z pewnością mogliby zainteresować niejedną europejską katedrę psychologii, a jednego nawet takiego spotkałem, któren mógłby zainteresować sobą jakiś instytut snu. Otóż człowiek ten posiada niezwykłą taką przypadłość, że zasypia w czasie rozmowy. Bywa to deprymujące dla rozmówcy, ponieważ zasypianie jego idealnie wpasowuje się w wasze mówienie. Dla przykładu: on coś opowiada z ożywieniem, naraz milknie, - a więc wy mu odpowiadacie, boście posiedli reguły rozmowy salonowej w stopniu zadowalającym. Ale co to: kończąc niedługie wcale zdanie widzicie, że on już śpi.
Nie jest na nic chory ten człowiek, po prostu zmęczenie spowodowane dość wyczerpującym trybem życia i dziesiątkami eksperymentów chemicznych - na własnym organizmie dokonywanych - wytworzyły u miłego skądinąd tego dżentelmena taką oto ciekawostkową przypadłość.
Kulminacyjnie spotkałem się z nim w rozsłonecznionej, roznegliżowanej plażowo kawiarni – kawiarnia miejsce samo w sobie magiczne, a kawiarnia nadmorska magii ma więcej, niż Hogwart. Ponieważ mieliśmy rozmawiać nie rzucając się w oczy, przybrałem się w różowe szorty, jakem podpatrzył u Oliviera Janiaka, oraz koszulę khaki, ponoć modną w tym sezonie w Juracie. W kieszeń włożyłem najnowszą zabawkę – dotykowy telefon pewnej bardzo znanej firmy, która nie zapłaciła mi jak dotąd za reklamę, więc jej reklamował nie będę. Rozmawiamy na powietrzu – żar wówczas jeszcze z nieba się lał – on opowiada mi o kulisach bardzo tajnych operacji. Ja – podniecony - zadaję rozbudowane pytanie, i naraz widzę, pokonawszy meandry stylistyczne, lecz nie stawiwszy jeszcze kropki - że on śpi. Pierwszy raz obudziłem go delikatnie, ale za drugim już nie miałem serca. Wyjąłem zatem telefonik i jąłem z nudów, dla czasu zabicia przeglądać zawartość internetowych stron.
Na jednej z nich widzę tytuł „Czego pragną kobiety na wsi”. Rozochocony rzucam sie na łącza, zaczynam po,zerać tekst, widząc już majaczące na horyzoncie totalne jakieś oświecenie, absolutną uber-odpowiedz na wszystkie pytania świata, które przecież zawierają się w tym jednym: czego pragną kobiety. No ale nie dowiedziałem się, niestety, czego pragną, bo mi się rozmówca obudził, podejmując wątek bezbłędnie tam, gdzie go podjąć miał. Hogwart.
Potem długo nie zasnął, właściwie już do momentu pożegnania. Myślę więc sobie, że już nigdy nie dowiem się, czego pragną kobiety – ze szczególnym uwzględnieniem odautorskim tych ze wsi i w jak istotny sposób różni się to od pragnień kobiet miejskich. Sądzę jednak, że wszystkie one pragnąć muszą czegoś podobnego: ja wiem? Spokojnego życia? Dobrego męża/partnera/partnerki? Miłości i akceptacji wreszcie? Nie wiem, pomysły podsuwa mi kolega Coelho wespół z koleżanką Grocholą. Nie jest przecież chyba tak, że te ze wsi pragną bliżej się zapoznać z jakimś szczególnie zręcznym operatorem maszyn rolniczych, a te z miasta z kimś zgoła z teatru. Kobiety ze wsi nie marzą o podróżowaniu nad morze ciągnikiem Ursus, czy nawet Zetor. Owszem, marzą o podróżach, ale czymś zgoła mniej warkliwym.
Krótko mówiąc podejrzewam, że jedne i drugie chcą tego samego. Ja wiem, jak bardzo banalnie to brzmi, ale trudno: życie tak naprawdę jest banalne, jakkolwiek panie Grochole chciałyby, aby było inaczej i aby toczyło się ono nad jakimś tajemnym Rozlewiskiem, pełne było poranków (koniecznie zamglonych), bosego biegania po play o zachodzie słońca i tego tam wszystkiego. Nie. Życie jest banalne w znakomitej większości swoich przejawów. A biegając rano po rosie można się zaziębić. Stąd jeśli czegoś żałuję tak naprawdę z tamtej chwili, kiedy mój rozmówca się przebudził – to żałuję, że nie mogłem poznać toku myślenia autora tekstu, który podzielił sobie pragnienia kobiet na te miejskie i – pardon – wiejskie. Bardzo to pokrętne, bardzo krzywdzące i w jakiś sposób naznaczające te drugie. Musi być: pisał to jakiś mydłek z Warszawy, oni tam tak segregują sobie świat.
Teraz jestem w takiej sytuacji, jak Umberto Eco, który w jednym z felietonów napisał, iż zna początki większości legendarnych filmów, nie zna ich końcówek. Bo musiał wychodzić z kina w połowie seansów. Znajduję się w tym niewesołym położeniu, gdyż nie mam wolnej chwili na połączenie się z netem i sprawdzenie dalszego ciągu. Być może do śmierci będę sobie zadawał owo leninowskie pytanie: czego pragną kobiety na wsi? Nie wiem. W każdym razie gdyby ktoś z Państwa miał jakieś pomysły diametralnie różniące się od moich wątłym rozważań, to ja bardzo proszę o maila.
Trwa ładowanie komentarzy...