Nigdy dość smutny

Leonard Cohen, którego wiersze były mniej więcej tak wesołe, jak podatnik na dwa dni przed złożeniem zeznania, napisał kiedyś wiersz - przytoczę jego treść z pamięci - o tym, jak pokazał swoje utwory mistrzowi zen. Ten przeczytał je i nakazał, by były bardziej smutne.

Jako że zarzucić płochości tym utworom w żaden sposób nie można, zacząłem się zastanawiać, o co też mogło chodzić Roshiemu. Ponieważ jednak słaby jestem w koanach (paradoksalnych pytaniach zen), doszedłem do najprostszego przekonania, że apel o głębszy smutek wiersza jest właśnie tym, czym się wydaje: apelem o głębszy smutek. Po co?
Smutek jest dobry, smutek pozwala nam zwolnić i zobaczyć coś z perspektywy spaceru, nie kłusu. Choćbyście się nie wiem jak starali, nie znajdziecie w sieci zdjęcia czy filmu, na których Cohen jest prawdziwie szczęśliwy, prawdziwie i z głębi cohenowego serca - uśmiechnięty. Owszem, są na zdjęciach i uśmiechy, ale przecież oczy pozostają czujne, jak gdyby chciały powiedzieć "wszystko na nic, dążmy do prawdziwego smutku".
Dobrze pokazuje to zdjęcie z jakiejś łaźni, czy poczekalni do przychodni? A może z basenu? Oto młody jeszcze Leonard stoi w ręczniku zawiniętym wokół bioder, z tyłu waży się jakiś nieznany, nagi mężczyzna. Pozornie nic się nie dzieje, co mogłoby powodować smutek bohatera fotografii. A jednak patrzy na nas człowiek, o którym recenzenci nie bez powodu pisali, że do jego płyt należałoby dodawać żyletki. Jego oczy mówią: "długo jeszcze?"
Naturalnie: powiecie - depresja. Oczywiście - wrażliwość. Pewnie. Jednak nie zwalajcie wszystkiego na depresję. Człowiek musi w sobie szukać smutku, choćby po to, żeby nie zwariował wśród tych wszystkich wesołków, kwitujących wszystko uniesionym kciukiem i rozdziawioną w uśmiechu, emotikonową gębą.
Także tego lata z serca życzę Wam prawdziwego smutku. Ne - zabijającej rozpaczy, żadnych złych rzeczy, niszczących kruchą codzienność. Po prostu orzeźwiającego, zwalniającego codzienny galop smutku.
Trwa ładowanie komentarzy...